W szydełkowym ulu

Stworzenie włóczkowych pszczółek zleciła mi w październiku moja “szwagierka” Kasia. Miały być przyczepione do czapki i szalika, które dziergała w prezencie dla swojej chrześnicy Mai. Czasu było bardzo mało, a deadline wypadał akurat w momencie przeprowadzki mojego małego warsztatu do nowego mieszkania, ale wiedziałam, że dam radę. Gdyby tylko to nie okazało się takie trudne. 😉
Po trzech dniach bzyczącego zadania przestałam już liczyć amputowane i doszywane ponownie czułki i skrzydełka. W oczach mi się mieniły żółte i czarne paski, i miałam nieustającą ochotę na świeży chleb z dobrym miodem, miodowo-cytrynową herbatę, gorący napój imbirowy i pierniczki. I seans Disney’owskiego “Kubusia Puchatka”. Ale nie mogłam sobie na to pozwolić.
Szło mi tak kiepsko, że z rozpędu zamiast dwóch zleconych owadów zrobiłam ich więcej. 😉
W sumie wyszydełkowałam pięć pszczółek wielkości od 3 do 5 centymetrów, dwie bawełnianymi nićmi, a trzy pozostałe z włóczki. Postanowiłam, że dwie z nadprogramowych zamieszkają w mojej kuchni. Zgłosiły się na ochotnika do pilnowania cytryn i miodu.

 

 

4 Comments

  1. Miszczuniu, jak zawsze!

  2. Krysia, dziękuję bardzo! 😀

  3. rrraaaany pszczółki są najnajnaj! Bzyyczące pozdrowienia :) K.

Zostaw po sobie ślad. Uwielbiam czytać komentarze!