Rękodzielnicy vs. sklepy odzieżowe

cover

Jeśli w dowolnym sklepie wśród wieszaków pełnych kuszących ciuchów zobaczycie człowieka, który będzie każdą rzecz oglądał pod światło, wywracał na lewą stronę i godzinami ze łzami w oczach porównywał wszystkie dostępne w sklepie identyczne koszule w swoim rozmiarze to jest duża szansa, że macie do czynienia z aktywnym rękodzielnikiem. Uwierzcie mi, nie ma na świecie smutniejszego i bardziej przerażającego obrazka od rękodzielnika w sklepie odzieżowym. Możecie spodziewać się absolutnie wszystkiego – od histerycznego śmiechu przez łzy w przymierzalni, mruczenie inwektyw pod adresem niewinnie wyglądających spodni, ataków furii i trzaskania drzwiami. Sprzedawcy, współczuję wam szczerze. Nie wiadomo czy poświęcić takiej osobie 100% swojej uwagi czy dla własnego bezpieczeństwa schować się w jakimś kącie. I tak źle, i tak niedobrze.

 

Ale od początku.

WYBIERANIE
Każdy taki sklep to dla rękodzielnika smutne miejsce. Po pierwsze przypomina mu o ciuchach, na których uszycie (wydzierganie) absolutnie nie ma czasu. Albo robi ubrania dla innych i nie ma kiedy obszywać (obdziergiwać) siebie, albo pochłania go inna działalność, niekoniecznie zawodowa, a doba jest po prostu zbyt krótka.
Po drugie taki sklep działa na nerwy rękodzielniczym portfelom. Jeśli to zwykła sieciówka rękodzielnika dręczą pytania o sens swojego rękodzielnictwa (“Po co szyć dla siebie skoro bluzka “made in China” kosztuje taniej niż w Polsce tkanina na nią?”, “Po co szyć dla innych skoro będzie się słyszeć nieustannie, że w sieciówkach taniej?”). Jeśli z kolei to odzieżówka ekskluzywna, albo butik projektanta widok cen na metkach wywoła taką hiperwentylację już na wejściu, że nasz krawiec/dziewiarz padnie i już o nic nie zapyta.
Po trzecie, jeśli rękodzielnik ominie pułapki zastawiane przez ceny i dopadnie do tego ciucha lub kilku ciuchów, które z daleka wpadły mu w oko, i porażony miłością od pierwszego wejrzenia wybierze swój rozmiar (i na wszelki wypadek dwa poboczne), nadzieje się na skutki swojego rękodzielniczego szaleństwa już w kolejce do przymierzalni. Bo jak tak stoi i czeka to zaczyna patrzeć i macać (“Fu, nitki wyłażą!”, “Bleh, szwy się w ręku rozłażą!”). I kiedy już się tak napatrzy i namaca to najczęściej rezygnuje z zakupów i idzie na kawę (albo coś mocniejszego), a jeśli należy do tych bardziej cierpliwych (albo zdesperowanych) robi porządną selekcję wśród obiektów swojej pierwszej miłości.
MIERZENIE
Kiedy rękodzielnik przy którymś ze swoich wybranków wytrwa i wreszcie się doczeka na swoją kolej będzie musiał się zmierzyć z przymierzalnią. Już sama wizja przywąskiej zasłonki wywołuje dreszcze. Boks jest ciasny, ciemny, nie ma gdzie postawić torby i trzeba się nieźle nagimnastykować, by zdjąć ubranie i nałożyć na siebie te wybrane perełki. Rękodzielnik zaciska zęby, przebiera się, patrzy w lustro i po pierwszym szoku wywołanym całkiem nieswoją sylwetką (znacie te cyrkowe zwierciadła, które z najzgrabniejszej figury zrobią słonia…) mruży oczy i zaczyna inspekcję. Najpierw jest test ogólnego wrażenia – podobam się sobie czy się nie podobam? Jeśli rękodzielnik się sobie nie podoba to sprawa jest prosta – albo rzuca to wszystko w cholerę i zastanawia się czym najlepiej będzie poprawić sobie humor, albo tak na wszelki wypadek daje ciuchowi drugą szansę (a sobie czas do dodatkowego namysłu i wypytania dowolnej osoby upolowanej w przebieralni obok).
Jeśli z kolei rękodzielnik się sobie od początku podoba (albo po wymaglowaniu zgrai obcych ludzi stwierdzi, że nie jest aż tak źle jak mu się wydawało na początku) to uśmiecha się od ucha do ucha i zaczyna lustrować detale.
Czy do tej pory kupowanie ciucha w rękodzielniczym wydaniu wydaje się wam proste? Jeśli tak, to powiem jedno – tylko wam się tak wydaje. Jak to możliwe? By wam to wyjaśnić poniżej zamieszczam kilka prawdziwych scen z wizyt pewnego rękodzielnika w wybranych sklepach odzieżowych. Rękodzielnika, czyli mnie.
Przykład nr 1
Moje zauroczenie – oversizowa biała koszula w czarną kratę, od góry do dołu zapinana na guziki, lekko przezroczysta, na wieszaku pod sufitem wygląda bardzo ładnie.
Miejsce – duża ciuchowa sieciówka na pierwszym piętrze Złotych Tarasów.
Przymierzalnia – z wąską welurową zasłonką wiszącą na drążku dzielonym z innymi przymierzalniami; więcej ten wynalazek odsłania niż zasłania, więc na brzegach materiał oklejony został przez pomysłowych klientów mniej lub bardziej świeżą gumą do żucia (jak wszyscy fanatycy “MacGyvera” wiedzą – guma świetnie sprawdza się kiedy chcemy połączyć dowolną tkaninę ze ścianką działową).
Testy w przymierzalni – Coś jest bardzo nie w porządku i nie chodzi tu wcale o fakt, że bez względu na rozmiar koszula opiera się na pośladkach i tworzy na plecach wielgachny balon (serio, gdybym miała hel pod ręką poleciałabym). Koszula jest po prostu krzywa. Szwy na ramionach są różnej długości, więc jeden rękaw sięga nadgarstka, a drugi zakrywa dłoń do połowy. Rzut okiem na zapięcie wywołuje cichy jęk. Ten galimatias linii poziomych i pionowych na samym środku to nie skutek uboczny nieprawidłowo zapiętych guzików tylko oczywiste następstwo źle skrojonego materiału. Kratka, naprawdę duża kratka, nie zbiega się na środku tak jak powinna. Nie zbiega i już. Nikt nie zadbał o to, by wzór z prawej i lewej strony bluzki tworzył całość. Na co komu symetria? To przecież estetyka głupców! [1]
Tak się zdenerwowałam, że aż musiałam iść na mrożony jogurt.
  przebieralnia
 Rzeczona przebieralnia na zdjęciu nie robi nawet w połowie tak silnego wrażenia.
Przykład nr 2.
Moje zauroczenie – długa batystowa koszula z dodatkowo przedłużonym tyłem.
Miejsce – duża piętrowa ciuchowa sieciówka na Marszałkowskiej
Drzwiczki przymierzalni nawet się zamykają, ale trzeba się modlić, by ktoś nam przez przypadek nie wlazł. Cieszymy się, że mamy mały stołeczek na torbę i drugie lustro, w którym możemy się przejrzeć z tyłu.
Testy kolejkowe – kieszonki na piersiach za bardzo odstają [2], ale trzeba dać koszuli szansę.
Testy w przymierzalni – każdy z kolejnych rozmiarów coraz bardziej powiększa mi oczy. Zakładam bluzkę w której przyszłam i znowu wracam do koszuli. To nie złudzenie optyczne. Przypominają mi się paleolityczne figurki bogini płodności. Ostające kieszonki, choć uszyte z tego samego materiału co bluzka, są zbyt duże ciężkie i bez względu na rozmiar opadają w kierunku talii dodając mi do życiorysu 15 karmionych piersią dzieci i zagorzałą nienawiść do noszenia stanika. Nie po to wydaję tyle kasy na dobrze dopasowaną bieliznę, by sieciówka się ze mnie naigrywała.
Po drodze do domu wstępuję do sklepu i kupuję bawełnę na podobną bluzkę. [3]
Przykład nr 3.
Epopeja letnich spodni (takich najzwyklejszych, materiałowych, kolorowych przewiewnych i miękkich)
Miejsce – ok. 30 mniejszych i większych sklepów, tyleż samo lepiej lub gorzej wyglądających przymierzalni, i 4 razy tyle par spodni w różnych fasonach i rozmiarach.
50% procent na gumce, którą muszę podciągać pod szyję, bo jak nie podciągam to materiałowy balon na brzuchu sugeruje bliźniaki.
40% bez gumki, ale też bez suwaka i szlufek, więc jak się mieszczę w biodrach to wszystko z tyłka spada, albo robi efekt klauna (wiecie, takiego z hula-hop wokół talii).
99% z kieszeniami, które brzydko poszerzają biodra i są zbyt płytkie, więc przy każdym ruchu wychodzą na zewnątrz.
80% z bardzo “rzadkich” i cienkich materiałów, które przeszyte są tak niestarannie, że po krótkim noszeniu po prostu się przetrą i strzelą.
99% albo się smuci, albo uśmiecha. (Jeśli śledzicie przygody Liliany z szyciem spodni to z pewnością wiecie o co chodzi).
Kończy się na kupnie 3 prawie identycznych par, ale dzianinowych, a ja wmawiam sobie, że zwykłe materiałowe już mi się nie podobają.
Przykład nr 4.
Sweter z włóczki tasiemkowej
Made in Bangladesh, ale znaleziony w jednej z dużych sieciówek w Galerii Mokotów.
Zazwyczaj nie kupuję dzierganych rzeczy, bo wolę je robić sama, ale wyjątkowo podoba mi się materiał. Ni to włóczka, ni paski dzianiny i na dodatek w bardzo ciekawych kolorach.
Kiedy biorę sweter do ręki szybko okazuje się, że został uszyty z gotowej dzianiny (dzianej na maszynie dziewiarskiej), którą bezlitośnie pocięto i pozszywano overlockiem zbyt rzadkim szwem. Po pierwszym praniu wszystkie te szwy się rozejdą. Po drugim będzie trzeba łapać wyprute oczka, bo bez tego po trzecim nie będzie co zbierać. Adnotacji na metce, że to szmata z opóźnionym zapłonem, niestety nie znalazłam.
Przykład nr 5.
Wełniana sukienka w stylu lat 50. na wystawie w ekskluzywnym butiku.
Z ciekawości wchodzę, by ją pomacać i przy okazji natrafiam na rząd podobnych quasi retro sukienek w różnych kolorach i fasonach. Wybieram 3 najładniejsze i z ciekawości (bo musiałabym sprzedać nerkę, by choć jedną kupić) zabieram je do przymierzalni. Kilka szybkich spojrzeń i rezygnuję z mierzenia. Kiecki uszyte są tak niechlujnie, że mojemu wewnętrznemu perfekcjoniście aż robi się słabo. Szwy są niezabezpieczone, zaszewki krzywe, a suwaki jeszcze bardziej. Moja mina, kiedy wychodzę z przymierzalni, przyciąga sprzedawczynie. Kiedy moim najbardziej dyplomatycznym z tonów mówię, że to badziew wysłuchuję żarliwych peanów na rzecz marki i kwiecistą acz wciąż uprzejmą krytykę mojej wiedzy o szyciu, modzie i życiu w ogóle. Nie znam się wcale. Nigdy nie miałam igły w ręku. Wcale nie zaczytuję się w żurnalach i książkach o krawiectwie. Ignorancja włókienniczo-tekstylna wylewa mi się z oczu. Zgadzam się w 100%.
Przykład nr 6.
Dzianinowa spódnica maxi. Różowa, plisowana i przeboska
Miejsce – jedna bardziej kolorowych sieciówek, w której do tej pory kupowałam tylko basicowe t-shirty. Lubię ją, bo ekspedientki są z zasady bardzo sympatyczne, pomagają dobierać rozmiary i same zanoszą wybrane rzeczy do obszernych przebieralni z dużymi lustrami, licznymi wieszaczkami i małymi stolikami.
Wokół spódnicy (i jej sióstr w innych kolorach) chodzę pół sezonu, ale nie mierzę nawet, bo są zbyt drogie. W końcu dopadam “moją” różową podczas przecen. O tym, że coś jest nie tak orientuję się już w kolejce do przymierzalni, ale nie chcę tego przyjąć do wiadomości. Zakładam i załamuję ręce. Rozkloszowana spódnica zamiast ładnie się układać, zaczyna zwężać się w dół od połowy łydek, ale nie na całej średnicy tylko po bokach tworząc coś w stylu bombki. Mierzę czarną i jest identyczna sytuacja. Przyglądam się bliżej temu fenomenowi. Harmonijkowa dzianina, by lepiej ukryć szef jest zszyta na bokach idealnie w miejscu, w którym tkanina zgina się w kierunku ciała. Wszystko byłoby w porządku, gdyby był to ścieg prosty, ale tu mamy do czynienia z bardzo szerokim i gęstym ściegiem overlockowym i bardzo grubą nicią, które są totalnie niedobrane do delikatnej dzianiny, z której uszyta jest spódnica. Wszystko się ciągnie i faluje nie tak jak powinno. Bardzo staram się tego nie widzieć, ale jeszcze nie oszalałam na tyle, by kupować spódnicę za 150 złotych tylko po to, by ją rozpruć i zszyć od nowa. Ale sporo dziewczyn w sklepie się chyba na to zdecydowało, bo kiedy wychodzę ze sklepu w kolejce do kasy stoi ich z tymi spódnicami trzy.
Sześć przykładów, jedne tragiczne, inne jak z horroru. Ręce rękodzielnikowi opadają, wszystko mu opada, bo szyć nie ma czasu, a nago chodzić jednak wciąż nie wypada. Kupować spartolone, krzywo skrojone z fatalnej jakości materiałów, niedopasowane do sylwetki i chodzić na czarno chowając się po kątach z nadzieją, że nikt nie zauważy? W końcu mają szansę nie zauważyć skoro chodzą w takich samych spartolonych, krzywo skrojonych z fatalnej jakości materiałów i nie wyglądają wcale smutno, kiedy stoją przy wieszakach i w kolejce do przymierzalni. Ba, wyglądają na całkiem zadowolonych.
A rękodzielnik siedzi smutny, wydaje fortunę na pocieszacze i za wszelką cenę stara się nie zwariować. Jest trudno, ale walczy. I czasem udaje mu się wygrać.
Przykład nr 7.
Tiulowa spódnica z koła wypatrzona w sklepie internetowym.
Z gumką zamiast paska i suto marszczona, więc choć nie mam szansy jej zmierzyć od razu stwierdzam, że będę wyglądała jak hipopotam w tutu. Mimo całkiem logicznych przesłanek tiulowy szał nie chce opaść i wiem, że jeśli nie będę miała własnej tiulówki stanie się coś okropnego (“It’s so fluffy I’m gonna die”, jeśli wiecie co mam na myśli).
Obejrzenie kilku stron i filmików z różnymi tutorialami pozwala mi stwierdzić, że dam radę uszyć podobną spódnicę sama. Oglądam je jeszcze raz i zbierając elementy najbardziej pasujące do mojej sylwetki i kompatybilne z moimi szyciowymi umiejętnościami tworzę na ich podstawie własny projekt – tiulowej spódnicy z półkola z podszewką i zamkiem krytym.
U sprawdzonego dostawcy kupuję po 3 metry tiulu w kolorach różowym i chabrowym. Płacę przelewem i następnego dnia jadę odebrać materiał przy okazji dokupując nici i zamki w odpowiednich kolorach. Podszewki dostarczają już więcej zabawy, bo nigdzie nie ma odpowiednich kolorów, ale w czwartym sklepie w trzeciej dzielnicy udaje się dostać odpowiednie. Na papierze rysuję wykrój półkola i kroję tiul (zaczynam od chabrowego), a następnie wycinam 2 trapezy na podszewkę. Po wartym finalnego efektu czasie mam spódnicę właściwie idealną, która świetnie na mnie leży, a ja czuję się w niej jak księżniczka, czyli tak jak powinna się czuć każda dziewczyna w sklepie z damską konfekcją. Tylko ja tak mam nie w ciasnej sklepowej przymierzalni, ale we własnym salonowym warsztacie i przed własnym lustrem. Uwierzcie mi, nie ma na świecie radośniejszego obrazka od rękodzielnika mierzącego własnoręcznie uszyty/wydziergany ciuch, który na dodatek pasuje jak ulał.
 
kieszenie
A post o kieszeniach czytaliście?
bluzka w serca
bluzka w serca
inna bluzka w serca
Inny sklep, inne bluzka w serca i jeszcze inny problem.
inna bluzka w serca
Chlip…
inna bluzka w serca
Przy krągłościach jakby prościej.
jogurt mrożony RedBerry
Jogurt mrożony i włóczka lekarstwem na wszystko.
[1] Z ciekawości dodam, że wszystkie koszule pozostałe na wieszaku zostały sprawdzone i WSZYSTKIE były uszyte krzywo. WSZYSTKIE miały niesymetryczne wykrojoną kratę (z tym, że każda inaczej, więc nie mogło być mowy o celowym działaniu).
[2] Komu w ogóle potrzebna taka kieszonka z zakładką, która powiększa jej pojemność, w eleganckiej koszuli? Przecież nie będziemy tam nic nosić!
[3] Wciąż leży nieskrojona, ale i tak mi z tym dobrze. 😉
 
 
 

15 Comments

  1. O to to! Jakbym siebie widziała kilka lat temu. Bo od kilku lat w normalnych sklepach (o ile sieciówki można nazwać normalnymi) kupuję tylko bieliznę, skarpetki, rajstopy i buty. W odzienie wierzchnie zaopatruję się w lumpeksach. Nigdzie nie dostanę tak dobrze skrojonych spodni i dżinsów jak tam. I świetnych koszulek w bajkowych kolorach z dobrej gatunkowo bawełny. I pięknych jedwabnych bluzek. I sweterków z kaszmiru, na które nawet w TK Maxie nie byłoby mnie stać. A to wszystko za śmieszne pieniądze. Dlatego mogę sobie pozwolić na jakieś ekstra wełenki, z których namiętnie produkuję szale, swetry, chusty, czapki itd. Tak, zdecydowanie secondhandy są miodem na zbolałą duszę rękodzielniczki i zawartość jej skarbonki, którą trwoni potem w sklepikach z włóczusiami. Czasami w lumpeksach też można trafić na fajne moteczki. Mnie się kiedyś trafiło NORO. A ostatnio soft spun Sirdara. Ale szczęściara jestem. Pozdrawiam. Izka

  2. Ach ile w tym prawdy….. ceny czasami porazaja i zastanawiam sie za co tyle, skoro bodaj spodnie ktore mam w rece moga pierwszego prania nie przetrwac….. bryyy. A te kominy i szale ze sztucznej ochydnej w dotyku " wełny mnie odstraszaja.

  3. Hahaha, jak fajnie napisane 😀 Ale to prawda, ja jak zaczynałam szyć miałam manię na punkcie, że coś źle obszyłam albo krzywo mi wyszło, a potem zaczęłam wywracać ciuchy z sieciówek na lewą stronę i serce mi stawało. 😀

    Poza tym, narobiłaś mi smaka na jogurt. ojej. ;p

  4. Use secondhand, Luke 😉

    Jestem na etapie kiedy jak chcę coś porządnego to idę do lumpeksu, ewentualnie zakopuję się na pół dnia w TK Maxx i po przymierzeniu ton barachła i przekopaniu wieszaków z bajzlem nie z tej ziemi umordowana ale szczęśliwa odchodzę od kasy w czymś co da się nosić.

    Syndrom "sama sobie zrobię lepiej i taniej" to przekleństwo rękodzielników!

  5. Aaaa! Ciuchlandy! 😀 Ile to ja razy chwytałam się za boskie kiecki i bluzki 4-6 rozmiarów za duże. 😀 Uparcie mierzyłam, ale, choć sama nie jestem pchełką, wszystko na mnie wisiało. Od czasu do czasu kupuję w ten sposób ciuchy do przerobienia. :)

  6. Oj, znam ceny w sklepach z tkaninami aż za dobrze. Staram się kupować oszczędnie, ale i tak za kilka metrów jakiejś tasiemki, suwak, pasek i nici potrafi wyjść taka kwota, że myśl o nowych tkaninach wywołuje zawał portfela. 😉
    A to, że koszty tkanin są wysokie nie powinno zwalniać sklepów z dostarczania dobrze uszytych ubrań. Zwłaszcza, że jak się kupuje belki na tony ta cena jest znacznie niższa i się jakoś rozkłada – z lepszej jakości tkanin wcale nie musi wyniknąć gigantyczna podwyżka. Poza tym nic nie zwalnia z oceny jakości uszytych ciuchów. Wciskanie ludziom spartolonych ubrań i twierdzenie, że tak powinno być jest po prostu nieuczciwe.

  7. I to straszne uczucie, że następnym razem będzie podobnie. :/

  8. Ja na podobnej zasadzie musiałam kiedyś w pracy zszywaczem i taśmą klejącą sklejać spódnicę, która trzymała mi się tylko na podszyciu dołu i pasku. Było ciekawie. 😉

  9. Cieszę się, bo ja Ciebie też. 😀

  10. Jak to dobrze nosić duży rozmiar i nie móc założyć nic z polskiej sieciówki, powiadam ci.
    Ide do szmateksu, kupuję ciuchy z metkami we własnym rozmiarze, ładnie uszyte, firm, których w Polsce nie ma, albo są wściekle drogie. Ciuchy lekko dopasowuję (ucząc się przy okazji), czasem wywalam, bo popsuję i w ogóle nie mam się czym przejmować.
    Ba, nawet swetry się trafiają nie z plastiku, a z merynosa, angory, blf, wełny jagnięcej…
    I nie narzeka, nie cierpie katuszy a krzywe szwy nie robią na mnie wrażenia. Większe zdziwienie wywołują u mnie ludzie zaopatrujący się z Złotych ku… eee… Tarasach, Rzeszów Plazach, Galeriach Białych, Krakowskich i innych – bo w każdej z nich jest dokładnie to samo, a trafienie na identycznie ubraną osobę na ulicy/w pracy nie jest trudne.

  11. Powiem szczerze, że mam takie momenty załamki gdy ruszam na zakupy ''ciuchowe''. Sama szyję, wiem ile czasu to zajmuje, ile umiejętności trzeba posiadać, żeby coś porządnie skroić, podkleić i odszyć, ile potrzeba pieniędzy na tkaninę. Po podliczeniu wychodzi kwota, która dołuje, bo za równowartość mogę na wyprzedaży mieć za to kilka ubrań. Fakt, że może jakość nie powala, ale umówmy się, że kupno tkaniny dobrej jakości w sklepie z materiałami także podnosi koszty i czasami taki zakup się nie opłaca, więc wybiera się tańsze poliestry. Wiadomo też (przynajmniej u mnie), że nie zawsze zamierzony efekt musi pokrywać się z końcowym. Po takich przebojach odechciewa się szyć, bo jest to nieopłacalne z punktu finansowego :( Jednak dobrze, gdy pozostaje pasja i tak właśnie u mnie- po momencie zwątpienia, wyruszam przeglądać oferty z tkaninami w sklepach internetowych :)

  12. oj też to mam, wchodzę, oglądam, marudzę, patrzę na kosmiczną cenę i stwierdzam, że jeszcze nie zwariowałam, żeby tyle dać za szmatę do podłogi :(

  13. Kiedyś kupiłam sukienkę tak w ostatniej chwili i nie zwracałam uwagi na szycie. Dopiero w kościele koleżanka mi powiedziała że sukienka mi się na bokach pruje. Okazało się że szew był tak rzadki że nawet fastrygą nie można by ją nazwać :-p

Zostaw po sobie ślad. Uwielbiam czytać komentarze!