Krótka historia o Wielkim Przedwiecznym

Pewnie przewraca się teraz w we śnie na dnie Pacyfiku, ale zawsze był wdzięcznym tematem do dziergania i w końcu nadszedł ten moment kiedy musiał powrócić.
Po mikroskopijnym Cthulhu nadszedł czas na bardziej spektakularne wcielenie. Tak efektowne, że koniec końców zniknęło w odmętach dziejów.

Czapkę Cthulhu zażyczył sobie na Gwiazdkę mój Szwagier. Dawno już tak bardzo nie bałam się robótkowego wyzwania, ale uznałam, że skoro zamierzam dźgać Wielkiego Przedwiecznego za pomocą kawałka bambusa strach jest całkiem naturalnym uczuciem. Adrenaliny dodawał absolutny przedświąteczny brak czasu. Cthulhu powstawał w domu, Paradoxie, w tramwajach i autobusach, przerażał ludzi w kolejce do lekarza… Macki całkowicie opanowały moją torebkę.
Już nie pamiętam ile na to poszło włóczki. Szydełkowałam dwoma nitkami – ciemnozieloną boucle (po 50% wełny i akrylu) i jaśniejszą nieco zwykłą mieszanką (30% wełny, 70% akrylu). Całość okazała się bardzo ciężka i musiałam się sporo nagimnastykować, by trzymała formę. Skończyłam dosłownie na ostatnią chwilę równocześnie dziergając jeszcze szal dla Szwagierki. Jeśli do tej pory sądziliście, że nie można szydełkować dwóch rzeczy na raz to byliście w błędzie. 😉
Poniżej wrzucam kilka zdjęć, które (chyba Przedwieczny coś przeczuwał w w swej przezorności mnie natchnął) cyknęłam na wszelki przypadek komórką. Są przefatalnej jakości, ale innych nie mam i już nie zrobię, bo niedługo potem czapka została wchłonięta przez czarną dziurę. Może Cthulhu sięgnął po swoje.

 

Zostaw po sobie ślad. Uwielbiam czytać komentarze!