Dwudziesta piąta godzina

Dzień powinien być dłuższy. Chyba nam się to należy za deszczowe lato, nieprzespane noce i zbyt krótkie weekendy. W godzinę można tyle zrobić – wreszcie wysprzątać biurko, poukładać książki w zgrabniejsze stosy, rozplątać mulinę… innymi słowy opanować przestrzeń. Kiedyś mój mały warsztat zwali mi się na głowę i nigdy nie pokończę tych wszystkich projektów. Mam talent do zaczynania i zostawiania na potem.
Piotrek mówi, że powinnam sobie zrobić listę i po kolei odhaczać wykończone robótki, ale nowe pomysły tak się mnożą w mojej głowie, tak się pchają na światło dzienne, że nie potrafię ich powstrzymać.
Tym sposobem w pudełku leżą dwa sznury zaczętych korali, jeż dla Jerzego wciąż czeka na kolce, a ja wszędzie chodzę z szydełkiem i nie mam czasu na skończenie pewnego tajnego projektu choć deadline dawno już minął. Za to w każdej wolnej chwili czytam “Nawałnicę Mieczy”(po prostu nie mogę się powstrzymać!) i z pomocą Mamy szyję suknię na Orkon. Wiem, że to brzmi nieprawdopodobnie, ale tak – szyję, tak – suknię i tak – na Orkon. 😉
Poza tym Piotrek zakupił mi na Amazonie dwie fantastyczne książki Lesley Stanfield:
75-birds
100_flowers_to_knit_crochet

a od Zosi dostałam trzynaście fantastycznych szydełek z historią, metalowych i teflonowych. :) Sama zakupiłam trzy cienkie tulipy i cztery szydełka bambusowe (pierwszy raz w życiu!).
Trzymajcie kciuki za tą dwudziestą piątą godzinę i za moją motywację. :)

Zostaw po sobie ślad. Uwielbiam czytać komentarze!